Archive for Listopad, 2008

Father’s flashlightLatarka Ojca

17/11/2008 poniedziałek, 17 listopada, 2008

Several years ago a shameless break into my basement was made. Then I lost a pair of stewed cherrys jars and – whats sad – Father’s torch. It was an old, tin model powered by a flat battery (3R12). My Father loved it, as it „perfectly slides into his pocket.” On the occasion of tuning scout’s flashlight, during flea market romp, I found the same in very good condition. I took a deep thinking. And then I invented a toilet paper home printer. But it’s not all about it.

Flat batteries are hard to get, also the old bulbs not sins with viability. In addition, the light stream is very poor. The plan was as follows: change the power supply to the AA’s, put LED’s without breaking the housing. Cellar flashlight application forced LED’s wide angle. So I decided to get rid of the original optics. In reality you look for a jar mostly from one, not from a hundred meters. I threw out the original battery holder, replacing it with 3xAA basket. Then a new three-position slide switch, which enabled to implement two levels of brightness: weak and very weak. 20 clear white LED’s took care for so-so stream of light, sufficient enough for tasks gived to Father by the Mother.

Flashlight works fine, lights, Father likes it very much. Sometimes it’s nice to pleasure someone. But only sometimes, because doing something too often causes, that other person no longer underestimates it.

Kilkanaście lat temu dokonano haniebnego włamu do mojej piwnicy. Zaginęło wówczas parę kompotów wiśniowych oraz co smutniejsze latarka Ojca. Był to stary, blaszany model zasilany baterią płaską. Ojciec bardzo ją lubił, gdyż „idealnie wślizgiwała się do kieszeni”. Przy okazji tuningu latarki harcerza, podczas buszowania po graciarni, znalazłem identyczną w bardzo dobrym stanie. Intensywnie zabrałem się za myślenie. I właśnie wtedy wymyśliłem domową drukarkę do papieru toaletowego. Ale nie o tym mowa.

Baterie płaskie obecnie trudno dostać, a stare latarkowe żarówki także żywotnością nie grzeszyły. Poza tym świeciły podle. Plan był następujący: zmienić zasilanie na paluszkowe, wsadzić LEDy, nie popsuć zbytnio obudowy. Piwniczne zastosowanie latarki wymusiło szeroki kąt świecenia diód. Postanowiłem więc pozbyć się oryginalnej optyki. W końcu kompotu szuka się przeważnie z jednego, a nie ze stu metrów. Wyrzuciłem oryginalne mocowanie płaskiej baterii, zastępując koszyczkiem 3xAA. Do tego nowy włącznik suwakowy trójpozycyjny, co umożliwiło implementację 2 jasności świecenia: słabo i bardzo słabo. 20 jasnych LEDów zadbało o jako-taki strumień światła, zdecydowanie wystarczający co wykonania powierzonych Ojcu przez Matkę zadań.

Latarka działa ok. roku, działa, świeci, Ojciec bardzo ją polubił. Dobrze czasami zrobić komuś przyjemność. Ale tylko czasami, bo jak coś robi się to ciągle, to inne osoby przestają to doceniać.

Red monsterCzerwony potwór

16/11/2008 niedziela, 16 listopada, 2008

I have a lot of different interesting models in my nixie tubes micro-collection . One of them is Okaya / Rodan CD13A. You can find it on page 24 of the company catalogue from the year 1967. One day I got 5 originally packaged units (NOS – New Old Stock). As you know, to build a clock you need only 4 displays. So I had one spare. I decided to use it in some meaningless way.

Clock can be done with 1 tube – the hours and minutes digits are displayed sequentially, separated with a long-time break. Who but would like to use such a clock. I thought: if it will be so meaningless, making it even more meaningless certainly did not hurt him. So the clock displays the number in binary code and reading of it is practically impossible. Since the reading is impossible, it does not make sense to make clock adjustable. Such reasoning led to the creation of the Red monster.

I decided to do the chassis from chamotte clay, klined, then glazed. The resulting two: red and yellow monster were created. Red, though crafted worse, seem to be prettier to me. Lamp went as an eyelet. Illuminated from the rear by a row of red LED’a, from time to time brightened and gradually dimmed. The tube is powered from step-up converter giving about 170V from 9V. Fitting the entire electronics inside clay housing was the biggest challenge. I made a lot of cardboard templates, which I slided inside of a monster. On „best fit” basis, I made the PCB.

How it looks – everybody can see. Nice. Unglazings around the eyes makes me a little nervous, the effect of a hurry. The next time I need to be more precise. There is always more precise brother in queue. Maybe he will get a LED display.

The monster preforms good. Actually, hard to talk here about any performance. It’s as if to say: ‚This garden dwarf preforms good.’ The Monster simply is. It looks at me, throwing a sequence of ones and zeros from his eye.

W swojej mikro-kolekcji lamp nixie posiadam wiele różnych ciekawych modeli. Jednym z nich jest Okaya/Rodan CD13A. Znaleźć ją można na 24 stronie katalogu firmowego z roku 1967. Trafiło mi się 5 oryginalnie zapakowanych sztuk (ang. NOS – New Old Stock). Jak wiadomo, do budowy zegara wystarczą 4 lampy. Miałem więc jedną za dużo. Postanowiłem spożytkować ją w jakiś (bez)sensowny sposób.

Na 1 lampie można zrobić zegar – wyświetlając kolejno cyfry godzin i minut oddzielone dłuższą przerwą czasową. Komu jednak chciałoby się takiego zegara używać. Stwierdziłem więc, że jeśli i tak jest już on bez sensu, to zrobienie go jeszcze bardziej bezsensownym na pewno mu nie zaszkodzi. Zegar wyświetla więc cyfry w kodzie binarnym, a odczytanie go jest praktycznie niemożliwe. Skoro odczytanie go jest niemożliwe, to właściwie nie ma sensu go nastawiać. Takie rozumowanie doprowadziło do stworzenia Czerwonego Potwora.

Obudowę postanowiłem zrobić z gliny szamotowej, wypalonej, następnie poszkliwonej. Powstały dwie: czerwony potwór i żółty potwór. Czerwony, mimo, iż gorzej odrobiony, wydał mi się ładniejszy. Lampa powędrowała w oczko. Od tył podświetlana jest rzędem czerwonych LEDów, co pewien czas rozjaśnianych i stopniowo gaszonych. Całość zasilana jest z przetwornicy podnoszącej napięcie 9V do ok. 170V. Największym wyzwaniem było dopasowanie całej elektroniki do stworzonej obudowy. Powstało mnóstwo kartonowych szablonów, które wsuwałem kolejno do wnętrza potwora. Na podstawie tego, który pasował najlepiej, zrobiłem płytkę.

Jak wyszło – każdy widzi. Ładnie. Trochę denerwują mnie niedoszkliwienia wokół oczka, efekt pośpiechu. Następnym razem muszę bardziej się przyłożyć. Zawsze w kolejce czeka bardziej dorobiony brat, może kiedyś dostanie w prezencie wyświetlacz LED.

Potworek sprawuje się nieźle. Właściwie ciężko mówić tu o jakimkolwiek sprawowaniu. To tak, jakby powiedzieć: „Ten krasnal ogrodowy sprawuje się nieźle”. Potwór po prostu jest. Patrzy na mnie, znienacka wypluwając z czerwonego oka ciąg zer i jedynek.

Tea GuardianHerbatnik

niedziela, 16 listopada, 2008

Tea-Guardian is solution of a problem that nags me for years. What’s the point: while programming’ i always make myself a tea. When the job gets lazy, everything is ok and i drink hot tea. Much worse, when i get into a „programming trance”. I wake up few hours later with a cold tea. I decided to use my skills to solve this problem. There were many concepts: the sensor build into a cup, into a cap-stand, spoon, or „floating on tea surface” sensor. Each solution has its pluses and minuses, I decided to do something shaped like mixing spatula. The idea seemed to be good.

Tea Guardian is a small device. The entire electronics is the size of AA batteries. The yellow stem is ended with temperature sensor. How it works: In the first use operator defines the temperature at which the tea is suitable for drinking. When he finds that he can take the first shot that not burns him, he puts sensor into tea and holds button for 5 seconds. Screech indicates that the temperature has been saved. From this moment the application of the Tea Guardian is a pure pleasure. Tea infusion, Tea Guardian run, throw and let’s start programming. When tea is cool enough to drink, the shrill screech rends the air, audible even from the other room. You enjoy the tea, the sensor shuts off by itself. LEDs also inform about the tea status: red – don’t drink, green – drink, off – pour out.

The whole is powered with pill batteries, but rather was because Tea Guardian is dead. Currently awaiting for resurrection. The temperature close to 100 Celsius caused relaxation of waterproof temperature sensor connections. Tea Guardian was killed by tea. I have a terrible willingness to put a sensor in a glass tube filled with mercury because it looks amazing, also heat conduction is good. I feel, however subconsciously, that tea and mercury is a very bad combination. I just found such a statement: „In the body (…) mercury can damage the brain and nerves, impair coordination and vision.” So, nothing new to me.

Herbatnik to rozwiązanie problemu nękającego mnie od lat. O to jego istota: jak zabieram się do programowania, zawsze robię sobie herbatę. Gdy robota mi nie idzie, wszystko jest ok i popijam ciepłą herbatę. Znacznie gorzej, jak wpadnę w „programistyczny trans”. Budzę się z niego po paru godzinach z zimną herbatą. Postanowiłem wykorzystać swe zdolności by temu zaradzić. Koncepcji było wiele: czujnik wmontowany w kubek, podstawka pod kubek, łyżeczka lub „pływak” z czujnikiem. Każde rozwiązanie miało swoje plusy i minusy, zdecydowałem się na coś na kształt jednorazowej szpatułki do mieszania. Pomysł wydawał się dobry.

Herbatnik jest małym urządzeniem. Cała elektronika ma rozmiar baterii AA. Na końcu żółtego trzpienia znajduje się czujnik temperatury. A działa to następująco. Przy pierwszym użyciu obsługujący definiuje temperaturę, przy jakiej herbata nadaje się już do picia. Kiedy stwierdzi, że jest w stanie wziąć pierwszy nie parzący łyk, wsadza czujnik do herbaty i przytrzymuje przycisk przez 5 sekund. Pisk informuje, że temperatura została zapisana. Od tej chwili stosowanie herbatnika to już przyjemność. Zaparzamy herbatę, uruchamiamy urządzonko, wrzucamy do napoju i programujemy. Gdy ostygnie na tyle, że picie jest możliwe, powietrze przeszywa przeraźliwy pisk, słyszalny nawet z drugiego pokoju. Delektujemy się herbatą, czujnik wyłącza się sam. Diody dodatkowo informują o stanie pracy: czerwona – nie pij, zielona – pij, żadna – wylej.

Całość zasilana jest trzeba bateriami pastylkowymi, a raczej była, bo herbatnik umarł. Obecnie oczekuje na wskrzeszenie. Temperatura bliska 100 st. C spowodowała rozszczelnienie się wodoodpornych połączeń czujnika temperatury. Herbatnika zabiła herbata. Mam straszną ochotę umieścić czujnik w szklanej probówce wypełnionej rtęcią, bo wygląda to niesamowicie, a i przewodzenie ciepła jest dobre. Czuję jednak podświadomie, że herbata i rtęć to bardzo złe połączenie. Znalazłem przed chwilą taki zapis: „W organizmie rtęć może (…) uszkodzić mózg i nerwy, zaburzać koordynację i widzenie”. Jakby więc na to nie patrzeć, nic nowego mi nie grozi.

Scouts sighWestchnienie harcerza

15/11/2008 sobota, 15 listopada, 2008


It all started the day I got 3 Watt CREE-XRE LED in my hands. Of course, the first thought was to do a flashlight. Since childhood i like flashlightes, so i decided to do so. Some may know that power LEDs gets hot very fast. The heat removal is the basis of trouble-free operation. So there were the following: add the cooler and do a head-flashlight (such per forehead), get a metal head, optics and make a tube-flashlight or reengineer an existing model. I choose the last as most interesting option. Not because I’m lazy, but because I get a opportunity to resurrect some classic.

I took a trip to „flea market”, where for 2 zlotys (about 0,5 euro) I bought a beautiful old flashlight, apparently scout’s one. It was in good condition, full-metal – and that was mainly about it. So LED-cooling was off my head. The power supply was the remaining question. I don’t feel like making DC converter myself, so I bought one. Unfortunately, to get converters minimum operating voltage, I had to use five AA’s to be able to use 1.2 V accus or 1,5V cells. 5 AA’s battery holders are not produced, so I was forced to create one. I changed on/off switch form „slide” style to „toggle”. I used optics dedicated to this diode. It gives the unique „hi-tech” look.

Lights not so bad. Withstands about 2 hours on one battery load . Works well outdoors and warms hands in winter. It’s nice to see surprised faces, when something like this suddenly throws dazzling stream of light.

Unfortunately it can’t be seen, how much effort I put into this project. A lot of measuring, metal drilling and sawing, but appears as 5 minute work. How did God in Futurama series said: „If you do things right, people will not be sure you’ve done anything at all.”

Wszystko zaczęło się dnia, gdy w me ręce wpadła 3 watowa dioda mocy CREE XR-E. Oczywiście pierwszą myślą było, by zrobić latarkę. Od małego lubię latarki, pomysł ten bardzo mi się więc spodobał. Niektórzy może wiedzą, że LEDy mocy strasznie się grzeją. Odprowadzenie z nich ciepła to podstawa bezawaryjnej pracy. Istniały więc następujące opcje: wykorzystać radiator i zrobić latarkę czołową (taką na głowę), wytoczyć metalową głowicę, dołożyć optykę i zrobić latarkę „rurową” lub przerobić istniejący model. Najciekawszym rozwiązaniem wydało mi się ostatnie. Nie dlatego, że jestem leniwy, ale dlatego, że nadarzyła się okazja wskrzesić jakiś zabytek.

Wybrałem się na wycieczkę do „graciarni”, gdzie za 2 złote dorwałem piękną, starą latarkę, ponoć harcerską. Była w dobrym stanie, cała metalowa – i o to głównie chodziło. Chłodzenie diody miałem z głowy. Pozostała kwestia zasilania. Nie miałem ochoty robić przetwornicy, zakupiłem więc gotową. Wymagała niestety tak nieszczęśliwego napięcia zasilania, że musiałem użyć pięciu ogniw AA, by móc stosować akumulatory 1,2V. Koszyczków na 5 baterii nie produkuje się, zrobiłem więc własny. Dołożyłem też włącznik hebelkowy, odłączając oryginalny suwakowy. Użyłem optyki dedykowanej do tej właśnie diody. To właśnie ona nadaje ten niepowtarzalny klimat „hi-tech”.

Świeci nienajgorzej. Na jednym ładowaniu wytrzymuje ok. 2 godzin. Dobrze sprawdza się w terenie, a zimą ogrzewa ręce. Miło widzieć zdziwione miny, jak z czegoś takiego nagle wydobywa się oślepiający strumień światła.

Nie widać za to niestety, ile wysiłku włożyłem w ten projekcik. Dużo mierzenia, wiercenia w metalu i piłowania, a wygląda na robotę na 5 min. Jak to powiedział Bóg w serialu Futurama: „If you do things right, people won’t be sure you’ve done anything at all”.

Binary clockZegar binarny

sobota, 15 listopada, 2008

Zegar binarny to zegar wyświetlający czas przy użyciu kodu binarnego. Jednak spójrzmy prawdzie w oczy. Nikt z niego czasu odczytywał nie będzie. Ładnie wygląda, mruga, od czasu do czasu można zaszpanować, że potrafi się odczytać godzinę i to wszystko. Zero użyteczności. Na plan budowy swojego wpadłem po zjedzeniu Tic-Taców. Pozostało mi ładne, pomarańczowe pudełko. Stwierdziłem, że upchnięcie do niego zegara binarnego jest dobrym pomysłem.

Zacząć trzeba było od znalezienia odpowiedniej baterii. Miejsc w pudełku było na tyle mało, że pod uwagę można było brać tylko baterie AAA lub nietypowe baterie z komórek/aparatów fotograficznych. Idealnie pasował akumulator Minolta NP200, który miałem akurat na stanie.

Projektowanie i produkcja płytki poszły gładko. Zdobyłem się nawet na dłuższy opis. Wykorzystane elementy były typowe i łatwo dostępne. Jedyny problem jaki napotkałem wynikał z mojej niewiedzy i zbytnim zaufaniu, jakie pokładałem w producentach LED-ów. Okazało się, że niektórzy paskiem na obudowie wyróżniają anodę, niektórzy katodę. Pierwsza wersja miała więc 20 diód wlutowanych odwrotnie. Poprawiłem to, jednak estetyka mocno ucierpiała. Prototyp oddałem więc kumplowi. Wersja finalna prezentowała się bardzo ładnie. Na jednym ładowaniu zegar działał ok. 15 dni – akumulator nie był nowy, ale i tak radził sobie nienajgorzej.

Od tamtego czasu zbudowałem jeszcze trzy takie zegary, tym razem zasilane dwoma bateriami AA, z nieco zmodyfikowaną obudową. Na jednym komplecie baterii wytrzymują ok. 4 miesięcy. Niezły wynik.

Koszt budowy oscyluje w granicach 15zł. Najtańsze stacjonarne zegary binarne kosztują powyżej 100zł. Czasem opłaca się coś zrobić samemu. I lepiej, i taniej.

Binary Clock is a clock that displays time using binary code. But let’s look at the truth. No one will ever read time from it. Looks nicely, blinks, from time to time you can show to your friends how cool you are. Zero usefulness. The idea of this clock came after I ate a Tic-Tac pack.  A nice, orange box left. I thought that putting binary clock inside it is a good idea.

The first thing was to find the right batteries. Tic-Tac chassis was so small, that only AAA or atypical handys/cameras batteries could be taken into account. Minolta NP200 battery, which I had allready in stock, fitted perfectly.

Design and production of the PCB went smoothly. I wrote even longer description. Typical and readily avaliable parts were used. The only problem I encountered was due to my ignorance and excessive trust in LED manufacturers. It turned out that green sign on the LED sometimes marks anode, sometimes cathode. The first version had 20 diodes soldered backwards. I fixed it, but aesthetics was heavily damaged. So I gave the prototype to my friend. The final version presents very nice. On one accu load clock works about 15 days – the battery was not new, but it made out not bad.

Since then I built three clocks, with a slightly modified chassis, this time powered by two AA batteries. On one battery set clock works for about 4 months (with current consumtion below 2mA). Good result.

The cost of construction fluctuates within 15zł (4 euro). Cheapest desktop binary clocks costs more than 100zł (25 euro). Sometimes it pays to do something by yourself. Better and cheaper.

Stirlings EngineSilnik Stirlinga

sobota, 15 listopada, 2008

W dużym skrócie: jest to silnik który wykorzystuje fakt zwiększania objętości powietrza przy jego podgrzaniu i zmniejszenia przy schłodzeniu. Opis budowy silnika Stirlinga znalazłem w sieci. Przeczytałem: silnik z puszek po piwie, pomyślałem: coś dla mnie. Do stworzenia silnika użyto ogólnie dostępnych w USA materiałów. A ponieważ tam nie mieszkam, potrzebne było parę przeróbek. Wniosłem też coś od siebie.

Obudowa powstała, jak już wiadomo, z puszek po piwie. Korbowód z wieszaka na ubrania. Wewnątrz głównej komory porusza się tłok zbudowany z bardzo mocno zmodyfikowanej puszki po piwie – w oryginale zastosowano puszkę po niedostępnym u Nas napoju, o dość nietypowej średnicy. Wewnętrzny tłok zsynchronizowany jest z tłokiem zrobionym z balonika dla dzieci (mały, żółty) umieszczonym na kolanku z PCV. Najtrudniejszym zadaniem było znalezienie drutu, na którym porusza się wewnętrzny cylinder. Musiał być cienki, gładki i prosty jak strzała. Udało mi się go znaleźć w parasolu matki. Koło zamachowe tworzą 2 złączone płyty CD. Całość napędzana jest świeczką herbacianą.

Poniżej filmik z działania.

In short: this is the engine which uses the fact of increasing the volume of air when its heated and reduction when cooled. DIY Stirling engine plans were found in Net.

I read: engine from beer cans, I thought: something for me. To create the engine I needed some specyfic, USA avaliable only, materials. And since I do not live there, I had to make few alterations. And added also something from myself.

The housing was, as you know, made from beer cans. Crankshaft from clothes hanger. Inside the main chamber a piston from heavely modified beer can is moving – original used can from some exotic drink, with rather unusual diameter. The internal piston synchronized with the small piston made from a children’s baloon (small, yellow) is placed on PVC knee. The most difficult task was to find the wire, which is running at an internal cylinder. He had to be thin, smooth and straight as bolt. I managed to find it in my mother’s umbrella. She was not very happy. Flywheel is created from 2 CDs. The whole is driven by a tea-candle.

Action movie below.

TwinBliźniak

sobota, 15 listopada, 2008

Some time ago I bought a pair of new computer speakers. They head, however, one unpleasant feature: the lack of volume control. That was its charm. There were hundreds of solutions of this problem – f.e. use of the built-in keyboard volume buttons. But that was too simple. I decided to create something. Thus „Twin” was born.

The device could be designed in several ways. I chosen the most complex and exotic. Accidentally a analog input card got into my hands, probably part of larger mearurement system. It contained 40 pieces of beautiful, double reed relays. I could not miss this kind of opportunity.

I found schematics of configuration known as buffered passive preamp,  threw out everything what was too obvious and simple (potentiometer), replacing it with 12 relays with the steering circiut. This time I managed to scratch all documentation.

I decided to divide divice into two modules: the power supply and preamplifier. Hence the name „twin”. The one with cyferkami on the front plate to the power supply. The one with a knob to preamp. On display is the power supply current output voltage. Such a small design trick, to make the whole  look not too sad. People come to me and say: „This clock shows the wrong time.” I say: „It’s not a clock. It is voltmeter. Not everything, which displays 4 digits is a clock.” Preamp volume control has 12 levels. It may seem not enough, but there is no need for more. You can choose from 2 sound sources. In my case, one is a computer, another – if needed – synthesizer.

Ribbed aluminum casing have been bought in a online shop. Unfortunately, I had to import it from Germany, because our domestic DIY market is a little retarded and does not provide the sale of such whims. I closed my eyes and saw a knob surrounded by red LEDs, showing the current level of volume. And here came a problem. LED holes had to be drilled perfectly for the first time, as I had only one chassis. After many attempts on a test piece of aluminum sheet I stated that I’m not able to do this using my home tools. Therefore I bought a drill stand with cross-table. With proper equipment everything went on smoothly.

I admit immodest that device came out very nicely. A little better than comercial level. I worked my fingers to the bone, but was worth it. The device works for 2 years now, enjoying eyes and ears. By this time I can say that it lack one thing: mains on/off switch. Not necessarily comfortable is also the source selection toggle switch placed on the rear panel. What can I say. A minimalist design is not always practical.

Jakiś czas temu kupiłem sobie nowe głośniki do komputera. Miały one jednak jedną fatalną cechę: brak regulacji głośności (nie dało się ich ani zgłośnić, ani ściszyć). Taka już ich uroda. Istniały setki rozwiązań tego problemu – chociażby wykorzystanie przycisków wbudowanych w klawiaturę. To jednak było za proste. Postanowiłem stworzyć coś własnego. Tak narodził się „Bliźniak”.

Urządzenie to można było wykonać na kilka sposobów. Ja wybrałem najbardziej skomplikowany i egzotyczny. Przypadkowo w ręce wpadła mi stara karta wejść analogowych, prawdopodobnie część systemu pomiarowego. Zawierała 40 sztuk pięknych, błyszczących podwójnych przekaźników kontaktronowych. Takiej okazji nie mogłem zmarnować.

Odnalazłem schemat układu znanego jako przedwzmacniacz pasywny buforowany, wyrzuciłem to co było zbyt oczywiste i nieskomplikowane (potencjometr), zastępując 12 przekaźnikami wraz z układem sterowania. Tym razem udało mi się wszystko jako tako udokumentować.

Postanowiłem, że całość będzie składała się z dwóch modułów: zasilacza i przedwzmacniacza. Stąd nazwa „bliźniak”. Ten z cyferkami na płycie przedniej to zasilacz. Ten z gałką to przedwzmacniacz. Na zasilaczu wyświetlone jest aktualne napięcie wyjściowe. Taki mały zabieg, by całość nie wyglądała zbyt smutno. Ludzie przychodzą do mnie i mówią: „Ten zegar wskazuje złą godzinę”. Ja mówię: „To nie zegar. To woltomierz. Nie wszystko, co wyświetla 4 cyfry to zegar”. Przedwzmacniacz ma 12 pozycji głośności. Może się wydawać, że to za mało, ale jest ok. Więcej nie potrzeba. Do wyboru są 2 źródła dźwięku. W moim przypadku do jednego podłączony mam komputer, do drugiego – w razie – potrzeby syntezator.

Użebrowane obudowy aluminiowe zostały kupione w sklepie internetowym. Niestety trzeba je sprowadzać z Niemiec, gdyż nasz krajowy niedorozwinięty rynek „zrób to sam” nie przewiduje sprzedaży takich fanaberii. Wymarzyłem sobie, aby gałkę otaczały czerwone diody, pokazujące aktualnie wybrany poziom głośności. I tu pojawił się problem. Wszystko musiało zostać wywiercone idealnie za pierwszym razem. Po wielu próbach na testowym kawałku blachy aluminiowej stwierdziłem, że nie jestem w stanie zrobić tego za pomocą dostępnych mi narzędzi. Uzupełniłem więc swój warsztacik o stojak wiertarki ze stołem krzyżowym. Poszło jak z płatka.

Przyznam nieskromnie, że wyszło bardzo ładnie. Trochę lepiej niż sprzęt fabryczny. Urobiłem się, ale było warto. Urządzenie działa już 2 lata i sprawuje się znakomicie, ciesząc oczy i uszy. Po tym czasie mogę stwierdzić, że brakuje mi jednej rzeczy: włącznika. Niekoniecznie wygodny jest też przełącznik wyboru źródła umieszczony z tył. Cóż mogę powiedzieć. Minimalistyczna stylistyka nie zawsze bywa praktyczna.

Zegar nixie

sobota, 15 listopada, 2008

Zegar ten powstał w roku 2005. W owym czasie był to chyba jeden z moich najpoważniejszych projektów. Wszytko zaczęło się, gdy buszując na Allegro znalazłem coś zwanego „lampą nixie”. Pogrzebałem w internecie i okazało się, że na lampkach tych można zbudować zegar. Za granicą było to dość popularne, u Nas dopiero raczkowało. Lampy były stosunkowo tanie, komplet 8 lamp ZM566 kosztował mnie 60zł. Obecnie za to samo trzeba dać parę razy więcej (obecnie, tj 01.2012, komplet 6 lamp kosztuje ok. 300zł). Nie wiedziałem wtedy, że wykorzystywano je w sprzęcie laboratoryjnym, uznawanym powszechnie za złom. W sieci znalazłem schematy. Jednak po co robić coś, co ktoś już zrobił. Postanowiłem wnieść trochę swojej radosnej twórczości. Zmieniłem schemat, zaprojektowałem i wytrawiłem płytkę, polutowałem. Nie działał. Błąd w schemacie. Zmieniłem schemat, stworzyłem płytkę, polutowałem. Nie działał. Błąd na płytce. Na tyle poważny, że poprawianie nie miało sensu. Kolejna płytka była już ok, jednak pomyliłem się przy uruchamianiu i uszkodziłem wszystkie tranzystory sterujące. Nie potrafiłem ich wylutować, oderwałem ścieżki od laminatu, płytka do wyrzucenia. Następna płytka była już ok. Zegar działał. Błędne płytki trzymam do dziś. Przypominają mi, by najpierw myśleć, potem robić.

W owym czasie był to pierwszy zegar nixie z synchronizacją czasu z serwera SNTP. Przynajmniej tak mi się zdawało – w internecie nie znalazłem wzmianki o podobnym rozwiązaniu. Nie będę wdawał się w szczegóły techniczne, bo nie robiłem dokumentacji i niewiele pamiętam. Tak czy owak – zegar jest efektowny i pięknie prezentuje się na półce. Lampy świecą delikatnym pomarańczowym światłem, w ciemnościach zegar wygląda znakomicie.

Obudowa – jak widać: oksydowane aluminium i drewno sosnowe. Wykonana była metodami wybitnie chałupniczymi. Posiadałem wtedy jedynie piłkę do metalu, pilnik i wiertarkę. Praca jednak opłaciła się. Przez szczelinę w panelu przednim widać układy sterujące, podświetlane delikatnie przez czerwoną diodę.

Patrząc dziś widzę, jak wiele błędów popełniłem. Brzydka płytka, fatalnie polutowana. Całość jest tak delikatna, że strach ją przenosić. Źle rozplanowane złącza, obudowa robiona „na żywioł”. Zasilacz wielki jak cegła (to wielkie czarne coś). Cud, że wszystko do siebie pasuje. Zegar potrafi spóźnić się 2 minuty na dobę. Na szczęście ustawiany jest przy każdym starcie komputera, czyli de facto codziennie.

Zamiłowanie do lampek nixie pozostało mi do dziś. Posiadam obecnie ok. 50 sztuk różnych typów, zdobywanych przeważnie podczas złomowania wyposażenia laboratoriów. Taka mała kolekcja rzec można. Leżą sobie spokojnie zawinięte w papier i czekają. Starczy ich na ponad 10 zegarów.

Edycja 01.2012: Ostatnio liczyłem, mam ponad 40 ZM566, 50 LC513 i 20 innych typów. Mam nadzieję przeczekać, a za 20 lat kupię za to Malucha (za 20 lat będzie wart 50x tyle, co teraz , więc akurat starczy).